Mazury rowerem, Kraina Wielkich Jezior Mazurskich - Relacja z wyprawy

Jedziemy na Mazury rowerem

Tym razem postanowiliśmy pojechać na Mazury. Ten wyjazd był debiutem dla mojej dziewczyny Agaty w turystyce rowerowej. Agata musiała przed wyjazdem kupić sobie rower trekkingowy, ponieważ do tej pory miała jedynie rower miejski. Rower ten uniemożliwiał komfortową jazdę w terenie oraz nie było tutaj mowy o montażu bagażnika czy sakw rowerowych. Po długich namowach Agata postawiła na markę Kross i model Trans 3.0. Pozostało jedynie zaopatrzyć się w sakwy Crosso Dry i ruszać w drogę.

Pierwszym założeniem był przejazd z naszymi rowerami pociągiem z Bydgoszczy do Olsztyna. Pociąg z Bydgoszczy wyjeżdżał 11 sierpnia  o godzinie 6:32. Mieliśmy to szczęście, że pociąg wyruszał z naszej miejscowości. Dzięki temu nie mieliśmy problemu z wejściem do pociągu z naszymi rowerami i mogliśmy wsiąść bez zbędnego pośpiechu. W Olsztynie byliśmy  o godzinie 10:00 i od razu po wydostaniu się z dworca głównego pojechaliśmy do pobliskiego MC Donalda. W restauracji był czas na poranną kawę przed wyruszeniem w trasę.

Planowana trasa z GPSies

Dzień 1 – Z Olsztyna do Mrągowa

Pierwszego dnia wyprawy chcieliśmy koniecznie dojechać do Mrągowa. Nasza zaplanowana trasa liczyła 63 km jazdy, jak się później okazało, trzeba było przejechać łącznie 86 km. Po wyjechaniu z Olsztyna dojechaliśmy do bardzo ładnej, świeżo wybudowanej drogi asfaltowej. Droga ta prowadziła nas przez dłuższą część dnia na Mrągowo. Mam tutaj na myśli drogę poprowadzoną równolegle do drogi krajowej nr DK 16.

Uwaga! Tej informacji nie znajdziesz nigdzie indziej. Asfaltowa droga, o której wspomniałem, prowadzi do Kozarka Wielkiego i jest tutaj ślepa uliczka. Tutaj droga się kończy i oznaczona jest wielkimi znakami i barierkami.

W tym miejscu również ciężko jest dostać się na DK 16. Przejście przez nią na drugą stronę oznaczało walkę z naszymi jednośladami. Niestety wpakowaliśmy się tutaj na niezłą minę. Mimo to spróbowaliśmy przedrzeć się na drugą stronę drogi krajowej. Było to męczące do zrobienia z załadowanymi po korek sakwami ze sprzętem. Musieliśmy nasze rowery przenosić ponad wysokimi barierami drogi krajowej DK 16.

Tutejsza krajówka jest bardzo ruchliwa i jadą tędy rozpędzone tiry. Jadąc z Agatą ze względów bezpieczeństwa, nie chciałem wjeżdżać na DK 16. Mieliśmy nadzieję, że po drugiej stronie znajdziemy jakiś objazd. Po dotarciu na „drugi brzeg” i wjechaniu w najbliższą ścieżkę dotarliśmy w kolejny ślepy zaułek. Zapytaliśmy mieszkańców z tej okolicy czy można się stąd jakoś wydostać? Chcieliśmy jedynie dotrzeć na mniej ruchliwą drogę prowadzącą do Mrągowa. Od mieszkańców otrzymaliśmy jednoznaczną odpowiedź, że musimy bezwzględnie zawrócić.

UWAGA! Jadąc z Olsztyna do Mrągowa, należy dojechać drogą asfaltową do Borki Wiekie. Stąd należy odbić na Dobrówka Kobułcka i dalej jechać na Jełmuń i Stary Gieląd! 

Jeden krok wstecz, dwa kroki do naprzód

Musieliśmy zawrócić do Borek Wielkich, a następnie skierować się na Dąbrowkę Kobułcką. Stąd pojechaliśmy już drogami przez Jemłuń i Stary Gieląd. Za Bałowem przyszło nam przedzierać się przez polne drogi. Ścieżki te były kompletnie wyjedzone traktorami przez okolicznych rolników. Było mnóstwo błota i wody. Przejechaliśmy, ale nasze rowery oraz obuwie było w opłakanym stanie.

Katorga trwała aż do przepięknej miejscowości Polska Wieś. Dalej prowadził już asfalt aż do naszego wymarzonego Mrągowa. Po przybyciu na miejsce rozbiliśmy nasz namiot w bardzo fajnym Campingu nr 3 Cezar. Gdy wjechaliśmy do miasta, spotkaliśmy sympatycznego rowerzystę, który poprowadził nas właśnie do tego campingu. Przed wyjazdem wiedzieliśmy, że będzie to najtrudniejszy i najdłuższy dzień tego wyjazdu. Ostatecznie musieliśmy przejechać dodatkowe 20 km po polnych, ubłoconych drogach i nasze morale spadły. Teraz siedząc już razem na kanapie, śmiejemy się z tego. Właśnie dlatego warto wybrać się w rowerową podróż. Dostarcza ona bowiem niezapomnianych i ciekawych przygód.

Dzień 2/3 – Mrągowo

Po zeszłodniowej jeździe polnymi drogami postanowiliśmy zostać w Mrągowie dwie doby. Była to bardzo dobra decyzja, dzięki temu mogliśmy się zregenerować i zwiedzić dokładnie to cudowne miasto. Jadąc Mazury rowerem, koniecznie musisz odwiedzić to miasto. Mrągowo jest niewielkim miastem położonym nad jeziorem Czos. Można stwierdzić, że jest dosłownie owinięte dookoła tego jeziora. Właśnie z tego względu w każdym miejscu tego miasta mamy doskonały widok na jezioro. Mrągowo słynie przede wszystkim z Mrągowskiego Amfiteatru, który został wybudowany tuż obok jeziora Czos.

Każdy słyszał chyba o Mazurskiej Nocy Kabaretowej, to właśnie na tej scenie odgrywane są najciekawsze skecze znanych kabaretów. Sam Amfiteatr zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz. Tuż obok Amfiteatru rozciąga się długi deptak i plaża miejska. Mogliśmy tylko sobie wyobrażać jakie szczęście mają mieszkańcy Mrągowa w sezonie letnim z powodu tak łatwego dostępu do plaży. Nie brakuje tutaj również wypożyczalnie sprzętu wodnego. A jeżeli jedziecie z Waszymi pociechami, to doskonałym pomysłem będzie wybranie się do pobliskiego miasteczka Mrągoville w stylu dzikiego zachodu. Zakochani z całą pewnością będą chcieli odwiedzić pobliskie źródełko miłości.

Dzień 4 – Z Mrągowa na Wilkasy

Wyjechaliśmy z Mrągowa około godziny 9:00. Według nas był to najciekawszy etap naszej podróży. Trasa liczyła 59 km i prowadziła świetnymi drogami i kilkoma ścieżkami wytyczonymi przez PTTK. Chociaż po wyjeździe z Mrągowa padał deszcz i nie chciało nam się wyjeżdżać, to w miarę postępów na trasie jazda szła nam coraz lepiej. Agata była pod wrażeniem widoków zastanych na trasie. Jadąc Mazury rowerem, dopiero teraz mogliśmy poznać urok Mazurskich krajobrazów. Trasy, które można wytyczyć sobie pod jazdę rowerem na Mazurach, wiodą przede wszystkim przez cudowne Mazurskie wsie. Przepiękne drewniane domy, zwierzęta, zagrody dla bydła i przyjaźni ludzie to tylko część rzeczy, które z wrażeniem przypominamy sobie podczas wieczornych wspominek.

Nasza trasa przebiegała przez kolejną Mazurską miejscowość, jaką jest Ryn. Położony jest on na wzniesieniu pomiędzy dwoma jeziorami, Ryńskim i Ołów. To właśnie tutaj znajduje się słynny Zamek w Rynie, który jest drugim co do wielkości zamkiem krzyżackim w Polsce. W Rynie zobaczyć można również wiatrak oraz wieżę ciśnień. Dla zwolenników architektury polecam obejrzeć budowle zwane Grodziskami. Chcąc pospacerować, warto przejść się przepięknym Nabrzeżem jeziora Ryńskiego.

Dzień 4 – Wilkasy

W Rynie zrobiliśmy zakupy w znanej sieci handlowej z owadem w logo i ruszyliśmy prosto na Wilkasy ścieżką wytyczoną przez PTTK. Po odwiedzeniu kilku przepięknych wsi wyjechaliśmy z lasu na asfalt i naszym oczom ukazała się tablica z napisem Wilkasy. Była godzina 17, więc postanowiliśmy zjeść w końcu jakiś obiad. Jadąc Mazury rowerem, należy pamiętać o systematycznym jedzeniu zdrowych posiłków. Mazury to przede wszystkim cała masa podjazdów i zjazdów, trasy są tutaj strasznie pofałdowane. Wcześniej mijaliśmy kilka restauracji po drodze, ale nie wyglądały zbyt apetycznie. W restauracji portowej Wilkasy podjęliśmy decyzję, że tutaj się zatrzymujemy.

Pierwotnie chcieliśmy tego dnia dojechać do Giżycka i w tym miejscu poszukać pola namiotowego. Po sprawdzeniu w internecie alternatyw pól namiotowych w Giżycku okazało się, że pola namiotowe są tam horrendalnie drogie. Z tego właśnie względu padło na pole namiotowe PTTK w Wilkasach. Po rozmowie z miejscowym Bosmanem oddelegował nam miejsce, gdzie możemy się rozbić. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Na polu namiotowym było bardzo dużo kamperów oraz namiotów. My postawiliśmy swój namiot pod latarnią i w pobliżu skrzynki z prądem, do której mieliśmy całodobowy dostęp. Nie było więc problemu z ładowaniem naszych telefonów i aparatu. Ostatecznie postanowiliśmy zostać tutaj dwie doby. Kolejnego dnia chcieliśmy pojechać „na pusto” do Giżycka, które było oddalone od nas o jakieś 4 kilometry. 

Pole namiotowe PTTK w Wilkasach, w którym się zatrzymaliśmy, było bardzo zadbane i komfortowe. Jedynym minusem były płatne prysznice za cenę 10 zł za 5 minut kąpieli. Jak się później okazało, musieliśmy myć się pod tym prysznicem w zimnej wodzie, wszystko przez dużą grupę kolonii, która momentalnie opróżniała bojler z zagotowanej wody.

Dzień 5/6 – Wilkasy i Giżycko

Następnego dnia po południu pojechaliśmy w zaplanowane miejsce. Giżycko oddalone było od Wilkas o około 4 kilometry i prowadziła do niego piękna ścieżka rowerowa. Po drodze minęliśmy Wzgórze św. Brunona, z tego miejsca można oglądać piękną panoramę miasta i jeziora Niegocin. Tutaj jest także usytuowany, widoczny z daleka Krzyż św. Brunona. 

Ze ścieżki rowerowej, wjechaliśmy od razu, na tak zwany Most Obrotowy. To jedna z głównych atrakcji tego miast. Most ten otwiera się i zamyka o określonych godzinach, pozwalając na przepływanie statków wzdłuż kanału przebiegającego przez Giżycko. Ciekawostką jest fakt, że otwieranie i zamykanie tego mostu odbywa się przy pomocy siły mięśni. Do jego otwarcia i zamknięcia wystarczy jeden dorosły mężczyzna. Most obraca się na wybudowanych pod nim szynach przy pomocy metalowej dźwigni kręcącej się dookoła własnej osi. W ten sposób dostaliśmy się na drugą stronę. Jeżeli wybierasz się na Mazury rowerem, wprost musisz odwiedzić Giżycko, gdyż to miasto nazywane jest potocznie Stolicą Żeglarstwa w Polsce oraz Stolicą Mazur.

W Giżycku znajduje się przepiękny port, gdzie można zobaczyć niewyobrażalną ilość statków i żaglówek. Będąc tutaj, należy odwiedzić Twierdzę Boyen, czyli twierdzę w kształcie gwiazdy, stanowiącą niegdyś ważny obiekt strategiczny. W tej chwili znajduje się tutaj muzeum. Tuż obok twierdzy znajduje się również Park linowy „Wiewióra”, tutaj turyści mogą trochę poszaleć, chodząc po drzewach. Przejeżdżając naszymi rowerami, obejrzeliśmy także plażę miejską i wielkie, przykuwające uwagę molo z kładką. Jeśli kogoś interesuje oglądanie miasta z góry, to jest tutaj dostępna wieża widokowa.

Dzień 5/6 – Powrót do bazy w Wilkasach

Pod koniec zwiedzania Giżycka zdarzyła się mała usterka. Jedna z soczewek w Agaty okularach wypadła na ziemię. Z tego powodu byliśmy zmuszeni do poszukiwań nowej pary okularów. Odwiedziliśmy kilka sklepów i tym sposobem Agata znalazła nową parę super okularów. Teraz mogliśmy wracać do Wilkas. Wracaliśmy znowu tą samą drogą. Po dojechaniu na nasz camping musieliśmy zrobić zakupy w pobliskim sklepie oraz iść pod prysznic. Po wszystkim mieliśmy czas, aby udać się spacer po plaży w Wilkasach oraz wypić kawę w miejscowej karczmie pirackiej. Pod wieczór zaczął także padać deszcz i zbierało się nawet na burze. Z tego względu dalszą część wieczory spędziliśmy w namiocie, gdzie zjedliśmy pyszne kanapki na kolację.

Kolejny dzień minął na wypoczywaniu nad brzegiem plaży i portu w Wilkasach. Nie obyło się także bez braku ciepłej wody pod prysznicem. Tak jak wcześniej grupa młodych marynarzy zużyła całą dostępną wodę z bojlera. Tego dnia jednak Pani z recepcji nie chciała od nas pieniędzy za żetony na prysznic. Zgadza się, aby skorzystać z prysznica, należało wykupić żeton, który wrzucało się przed wejściem do kabiny prysznicowej. Mentalnie przygotowywaliśmy się na kolejny dzień w trasie. 

Dzień 7 – Ruszamy do Mikołajek

Siódmego dnia z rana wyruszyliśmy do Mikołajek. Chcieliśmy tym razem kierować się wyłącznie drogami asfaltowymi. Przez Wilkasy przebiega droga wojewódzka 643, która można łatwo dojechać do naszego upragnionego miasta. Pomimo dużego ruchu samochodów i wielu podjazdów, Agata nie mogła wyjść ze zdziwienia, jak szybko dojechaliśmy do Olszewa. Tutaj zrobiliśmy krótki postój, wyznaczyliśmy trasę na mapie i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Odcinek Olszewo-Mikołajki prowadził przez las, tutaj jechaliśmy drogami pożarowymi oraz ścieżką poprowadzoną przez PTTK. Ten odcinek był dla nas bardzo trudny i wycieńczający. Tego dnia była słoneczna pogoda, a temperatura oscylowała w granicach 27 stopni Celsjusza. Trasa w tym rejonie była bardzo piaszczysta i praktycznie większość drogi prowadziliśmy rowery na odcinku 20 km… Z powodu zmęczenia, narzekaliśmy sobie pod nosem na PTTK i na to, kto o zdrowych zmysłach mógł poprowadzić ścieżkę rowerową przez takie piachy i gęsty las. Jadąc Mazury rowerem tą trasą, należy w tym miejscu wziąć głęboki oddech i jechać przed siebie bez słowa. Piachy skończyły się dopiero tuż przed samymi Mikołajkami

Dzień 7/8 – Mikołajki i nocleg w Tałtach

Mikołajki to bardzo piękne miasto położone na styku dwóch jezior, Mikołajskiego oraz jeziora Tałty. Całość tworzy bardzo przyjemny klimat portowego miasta. W porcie oraz okolicznych nabrzeżach cumuje ogromna ilość jachtów, łodzi i motorówek. Mogę śmiało stwierdzić, że Mikołajki zaskoczyły mnie na pierwszy rzut oka. Pierwotny plan zakładał nocowanie właśnie w tym mieście. Mieliśmy zaplanowany nocleg w Campingu Wagabunda nr 2. Po dojechaniu na Camping i obejrzeniu pola namiotowego oboje jednogłośnie stwierdziliśmy, że musimy poszukać innego noclegu. 

Pierwszy raz w życiu widziałem taki obskurne pole namiotowe. Obszar przewidziany na namioty to kwadrat o łącznej powierzchni może z 30 metrów kwadratowych. Pole to było usytuowane na wzniesieniu na kompletnym uboczu. Całość ogrodzona była niskim drewnianym płotkiem o wysokości 30 centymetrów. Czego mogliśmy się tutaj spodziewać? Namiot przy namiocie w sąsiedztwie drzew iglastych.

Namioty, które zastaliśmy na miejscu, były od siebie oddalone o około 40 centymetrów. Ponadto właściciel miał dla nas jedyne ostatnie miejsce na tym polu namiotowym usytuowane na twardej ziemi-piasku. Aby tego wszystkiego było mało, przez ten wolny prostokąt przebiegała linka z zawieszonym praniem. Gość z recepcji zasugerował, że musielibyśmy wypytać ludzi czyje to i poprosić o jej zdjęcie. Chyba żeście zwariowali tutaj?! Kompletna paranoja. Stanowczo powiedziałem do Agaty „Jedziemy wp..du!” 

Jadąc Mazury rowerem – odwiedź przyjazne pole namiotowe w Tałtach

Nie pozostało nam nic innego jak poszukać innego noclegu. Niestety oferty noclegów, które tutaj obejrzeliśmy, były równie paranoiczne lub skandalicznie drogie. Znaleźliśmy w sieci pole namiotowe pod nazwą Kama zlokalizowane w Tałtach. Camping Kama oddalona jest od centrum Mikołajek o około 6 kilometrów. Pojechaliśmy tam, jednak na miejscu okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte. Dziwne, bo po wejściu do ośrodka, był tutaj ogromny plac zieleni, który był praktycznie pusty… W tym momencie oboje odnieśliśmy wrażenie, że Mikołajki i okolice to niezbyt gościnne miejsce dla turystów.

Całe szczęście tuż za campingiem Kama znajdowało się inne pole namiotowe. Tego pola nie znajdziecie w sieci, prowadzi je bardzo miły Pan bezpośrednio na swojej posesji. Pole namiotowe jest prywatne, pomimo tego jest bardzo duże, zadbane i warto tutaj przyjechać. Lokalizację gościnnego pola namiotowego zaznaczyłem na mapie ze śladem naszego wyjazdu na GPSies. Ponadto Pan, który udostępnia kawałek swojej ziemi przejezdnym turystom, bierze za to bardzo małe pieniądze. Jeżeli masz zamiar przejechać Mazury rowerem i spać pod namiotem to z całego serca polecam to miejsce. My spędziliśmy tutaj 2 doby. Następny dzień po noclegu w Tałtach przeznaczyliśmy na zwiedzanie Mikołajek.

Dzień 9/10 – Rejs statkiem po Śniardwach i Ruciane-Nida

Tym razem zdecydowaliśmy się na rejs statkiem po Śniardwach relacji MikołajkiRuciane-Nida. Wcześnie rano zebraliśmy się z pola namiotowego w Tałtach i pojechaliśmy do portu w Mikołajkach. Statek nazywał się „Śniardwy” koszt takiego rejsu dla dwóch osób z rowerami to około 120 złotych. Aby dostać się na pokład, musieliśmy przenieść nasze rowery przez dwa pokłady. Nasz statek był na końcu stawki. Po zapakowaniu naszych rowerów do pięknego pokoju weszliśmy na górny pokład, aby rozkoszować się 2,5-godzinnym rejsem.

Śniardwy nazywane są inaczej Mazurskim Morzem i jest to największe jezioro w Polsce. Jadąc Mazury rowerem, byłoby ciężko obejrzeć takie jezioro, oglądając je wyłącznie z brzegu. Decydując się na rejs, mogliśmy przyjrzeć się temu bliżej i dokładniej. Bez wątpienia była to mądra decyzja. Agata pierwszy raz płynęła takim statkiem, więc było to dla niej nowe doświadczenie. Tuż przed dotarciem do Ruciane-Nida mieliśmy niebywałą okazję przepłynięcia przez Śluzę Guzianka.

Statek zacumował w Ruciane-Nida, a my wyszliśmy na brzeg. W tym mieście zatrzymaliśmy się w przepięknym Ośrodku Wypoczynkowym o nazwie Wodnik. Niezłe pole namiotowe, pełen sanitariat i niska cena. Spędziliśmy tutaj łącznie trzy doby. Wstępnie byliśmy przekonani, że będziemy mogli stąd wsiać w pociąg i wrócić do Bydgoszczy. Okazało się, że cała trakcja kolejowa w tym rejonie jest zamknięta z powodu remontu. Z tego względu musieliśmy dotrzeć do Szczytna, ale o tym później.

Pobyt w Ruciane-Nida, Szczytno i powrót do domu

Ruciane-Nida to stosunkowo mała miejscowość. Nie ma tutaj zbyt wielu atrakcji turystycznych. Miasto te cechuje spokój, będąc tutaj, mieliśmy bliski kontakt z naturą. Nasz ośrodek Wodnik usytuowany był w lesie. Z namiotu mieliśmy widok na piękną przystań nad Jeziorem Nidzkim. W ramach atrakcji wypożyczyliśmy jednego dnia rower wodny i opłynęliśmy Jezioro Nidzkie. Poza tym głównie wykorzystaliśmy ten czas na typowy biwak i wypoczynek. Liczne kąpiele w jeziorze, skoki do wody z pomostu, spacery, grill i wszystko, co z takim biwakiem związane. 

Po trzydniowym wypoczynku w Rucianych byliśmy zmuszeni przebyć w deszczu około 70 kilometrów do Szczytna. Dopiero w tym miejscu trakcja kolejowa funkcjonowała i mogliśmy bez przeszkód wsiąść do pociągu jadącym na Bydgoszcz przesiadką w Olsztynie. Po dotarciu do Szczytna zameldowaliśmy się od razu na dworcu PKP. Do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze dwie godziny, ale żadne z nas nie miało chęci na zwiedzanie tego miasta. Po przejeździe dwoma pociągami ostatecznie dotarliśmy do Bydgoszczy.

Podsumowanie

Podsumowując, przejechaliśmy łącznie 292 kilometry na rowerach przez półtora tygodnia. Na tej wyprawie nie chcieliśmy gonić kilometrów. Celem tego wyjazdu był wypoczynek na urlopie i zwiedzanie. Oboje jesteśmy pod wrażeniem krajobrazu Mazur. Pomimo moich obaw przed wyjazdem, Agata poradziła sobie świetnie z całodniową jazdą na rowerze z sakwami. Jadąc w te rejony, trzeba mieć na uwadze, że Mazury to bardzo trudny teren ze względu na różnice wysokości. Na całym odcinku naszej trasy było bardzo dużo podjazdów i zjazdów. Trasy prowadzą tutaj częściowo asfaltami, ścieżkami rowerowymi oraz polnymi drogami. Czasami będziemy zmuszeni wjechać również do lasu.

Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że pętlę dookoła Mazur najlepiej byłoby jechać drogami krajowymi. W ten sposób mamy do dyspozycji bardzo ładne, szybki i proste drogi do poszczególnych miejscowości. Fakt ten zainteresuje pewnie motocyklistów i turystów podróżujących samochodami lub kamperami. Niestety na tych krajówkach jest bardzo duży ruch uniemożliwiający jazdę rowerem. Jadąc Mazury rowerem, musimy mieć na uwadze, że bardzo często będzie brakować ścieżek rowerowych i takich, które będą słabo uczęszczane przez ruch samochodowy. Ciężko tutaj znaleźć sensowne objazdy dla Dróg Krajowych.

 

Trasę i ślad GPX możesz pobrać odwiedzając profil zkolemwtle na GPSies klikając TUTAJ

Ślad przejechanej trasy z GPSies

Zachęcam Cię do pozostawienia komentarza oraz dołączenia do mojego newslettera, dzięki któremu będziesz na bieżąco z nowymi artykułami na blogu.

 

Formularz dołączenia do newslettera znajdziesz poniżej w stopce.

 

Pozdrawiam

ZOBACZ RÓWNIEŻ INNE ARTYKUŁY!