Szlak Polskich Latarni Morskich – relacja z trasy rowerowej R10 – cz. 1

 

Wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku znajduje się siedemnaście latarń morskich. Są one prawdziwą gratką dla turystów wszelkiej maści, również są doskonałym celem rowerzystów.

Na całej trasie widzieliśmy sporo sakwiarzy na rowerach, którzy pozdrawiali się nawzajem. Szlak Latarni Morskich, towarzystwo morza i morskich krajobrazów sprawiają, że szlak ten jest doskonałym wyborem na pierwszą wyprawę rowerową. Dodatkowo po zdobyciu wszystkich latarni morskich można ubiegać się o odznakę PTTK. W tym celu przed wyjazdem należy zaopatrzyć się w PTTK w paszport, dzięki któremu będziemy mogli zdobywać kolejne pieczątki z latarni.

Latarnie morskie nad Bałtykiem umiejscowione są kolejno w następujących miejscowościach:

  1. Świnoujściu
  2. Kikut k/Wisełki
  3. Niechorzu
  4. Kołobrzegu
  5. Gąskach
  6. Darłowie
  7. Jarosławcu
  8. Ustce
  9. Czołpinie
  10. Stilo
  11. Rozewiu
  12. Jastarni
  13. na Helu
  14. w Sopocie
  15. Gdańsku Porcie Północnym
  16. Gdańsku w Nowym Porcie
  17. w Krynicy Morskiej na wschodnim wybrzeżu

 

Dzień 1 – Świnoujście

 

W sierpniu 2017 roku wraz z Maćkiem i Tomkiem udałem się do Świnoujścia, gdzie mieliśmy rozpocząć rowerowy trip Szlakiem Polskich Latarni Morskich drogą rowerową R10.

 

Niedzielą w południe wyruszyliśmy pociągiem z dworca PKP z Bydgoszczy w stronę Świnoujścia.

Pierwotnie chcieliśmy wyjechać z rana, lecz brak biletów w wakacje pokrzyżował nam te plany.

 

Przejazd do Świnoujścia odbył się z przesiadką w Poznaniu, mieliśmy tam godzinę dla siebie, oczekując na kolejny pociąg. W pociągu wyjeżdżającym z Poznania poznaliśmy trójkę podróżników, również na sakwach, którzy zmierzali na Bornholm. Spotkanie to pozwoliło na wymianę doświadczeń w miłej atmosferze. Podróż do Świnoujścia trwała łącznie około sześciu godzin.

Na dworcu w Świnoujściu przywitał nas zachód słońca i horda komarów, przed którymi każdy z naszej trójki musiał się bronić. Ubieraliśmy na siebie, co popadnie. W większości były to ciuchy przeciwdeszczowe. W końcu udaliśmy się na przystań, bezpłatnej przeprawy promowej. Stamtąd mieliśmy przeprawić się promem na rzece Świna kursującym pomiędzy dwoma wyspami, Uznam i Wolin. Niedaleko portu była Biedronka, w której zaopatrzyliśmy się w niezbędny prowiant oraz wodę. Po drugiej stronie odszukaliśmy również Camping Relax, gdzie rozbiliśmy namioty.

Tomek, jadąc sporo przed nami, przejechał najpierw obok campingu, nie zauważając go i jadąc przed siebie. Gdy nie widział nas za sobą, postanowił zawrócić i dołączył do nas na recepcji po kilkunastu minutach.

Mieliśmy szczęście, gdyż zdążyliśmy na 15 minut przed zamknięciem recepcji. Pole namiotowe w tym miejscu jest tanie i doskonale zaopatrzone. Tak minął pierwszy dzień.

Dzień 2 – Od Świnoujścia do Dziwnowa, 54.6 km

 

Wyspy Uznam oraz Wolin to dwie jedyne wyspy przybrzeżne w Polsce. Uznam w Przeważającej większości leży po stronie niemieckiej. Ma powierzchnię 445 km kwadratowych, z czego w Polsce około 72 km kwadratowych. Od lądu stałego oddziela wyspę cieśnina Piana, od wyspy Wolin – cieśnina Świna. Niemcy tę wyspę nazywają Wyspą Słońca, ze względu na średnią roczną 1906 godzin słonecznych.

 

Wolin natomiast od stałego lądu oddzielona jest cieśniną Dziwną i Zalewem Szczecińskim, a od wyspy Uznam – cieśniną Świną. Ma powierzchnię 265 km w całości należącą do Polski. Wyspa ta posiada bogatą historię, począwszy od okresu młodszej epoki kamienia (4200-1700 r. p.n.e.) – tak datowane są najstarsze znaleziska archeologiczne, na tych ziemiach. samo miasto wolin w czasach średniowiecznych było zamieszkałe przez większą liczbę ludności niż Poznań czy Gniezno. A to wszystko dzięki bursztynowi, bliskości Morza Bałtyckiego oraz przebiegające przez te tereny szlaki handlowe.

Ahlbeck

Dzień rozpoczęliśmy od pobudki oraz zwinięcia naszego obozowego sprzętu. Wyruszyliśmy prosto do granicy Polsko – Niemieckiej, to charakterystyczne miejsce znane rowerzystom. Na miejscu znajduje się plaża, która oblegana jest przez naturystów. Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, pewien miły turysta poinformował nas, aby nie jechać do niemieckiej miejscowości Uznam, gdyż jest tam pobierana opłata klimatyczna w wysokości 3 euro za osobę, która pobierana jest od stacjonujących tam Niemców. Chcieliśmy odwiedzić Ahlbeck po Niemieckiej stronie, jednak na jazdę tam zdecydował się tylko Tomek.

Po powrocie do domu udało się Maćkowi ustalić, że opłata teoretycznie nie jest pobierana od rowerzystów, ponieważ traktowani oni są jako przejazd tranzytowy, warunkiem jest, aby się nie zatrzymywać i nie schodzić z roweru. To ważna informacja na przyszłość dla mnie, jeżeli będę chciał odwiedzić to miejsce ponownie.

 

Po powrocie Tomka pojechaliśmy do pierwszego planowanego przez nas punktu, czyli latarni w Świnoujściu. Przed wyjazdem poprosiliśmy mailowo PTTK, aby przesłali nam pocztą trzy egzemplarze książeczki do zbierania pieczątek ze szlaku latarni morskich. Latarnia w Świnoujściu była pierwsza na liście, więc sprawnie otrzymaliśmy pierwszą pieczątkę w kasie. Z latarni szlak R10 pokierował nas ścieżką w las, a na drzewach były namalowane białe oznaczenia tego szlaku. Z latarni w Świnoujściu droga prowadziła nas do latarni Kikut koło Wisełki. Droga do niej prowadziła krętymi ścieżkami przez las. Aby do niej dojechać, trzeba nieco zboczyć z trasy, ponieważ latarnia ta jest nieco ukryta. Trasa w lesie, na której było sporo piachu — warto wziąć to pod uwagę, wybierając opony przed wyjazdem. Później już szosa i pędem byliśmy na molu w Międzyzdrojach, gdzie mogliśmy się zatrzymać i zjeść obiad. Najedzeni przejechaliśmy przez Aleję Gwiazd i wyjechaliśmy promenadą na drogę 102, która poprowadziła nas przez Trzęsacz do Dziwnowa.

Ruiny Kościoła w Trzęsaczu

Po niedługim czasie dotarliśmy do Trzęsacza, tutaj naszym celem było zobaczenie ruin kościoła na klifie. Zachowała już się tutaj bardzo dobrze tylko jedna ściana wybudowanego na przełomie XIV i XV w. gotyckiego kościoła. Prawie cały pochłonęło morze w wyniku procesów abrazyjnych (falowanie morza wymywa klif). Budowla, która zachowała się w tym miejscu, zachęca turystów, których mogliśmy tutaj spotkać. Obok stoi malutkie molo widokowe, a po schodach można zejść na szeroką i piaszczystą plażę, gdzie leżakowali już turyści. Spędziliśmy tutaj sporo czasu, ponieważ krajobraz był obłędny, a każdemu z nas przypomniało się o aparatach fotograficznych.

W Trzęsaczu koło ruin kościoła stópka Tomka odmówiła posłuszeństwa, gdyż zaczęła uginać się pod ciężarem jego bagażu. Tomek przystąpił do jej naprawy i po kilku chwilach byliśmy gotowi do dalszej drogi.

Dziwnów

W Dziwnowie znaleźliśmy pole namiotowe w Ehocampie, zrobiliśmy zakupy, w oddalonym nieco sklepie, po czym wróciliśmy na Ehocamp i rozbiliśmy swoje namioty i wraz z Maćkiem poszedłem do miejscowych straganów po dziwne lody, z których słynie Dziwnów. Następnie udaliśmy się na plażę, aby odpocząć nad morzem. Tomek nie wyruszył razem z nami, ponieważ wolał zostać w campusie i w tym czasie robić inwentaryzację w swoim ekwipunku. Gdy wróciłem z Maćkiem do naszego obozowiska, Tomek już spał, a jego namiot był zamknięty. Idąc jego śladami, poszliśmy się wykąpać i przygotować do snu. Tak wyglądał nasz drugi dzień.

Dzień 3 – Od Dziwnowa, przez Ustronie Morskie do Pleśnej, 82,8 km

 

Tego dnia udało nam się wcześnie wstać i zdecydowaliśmy, aby jechać z Trzęsacza ścieżką wzdłuż klifu. Była to dobra decyzja, minęliśmy po drodze klif, z którego startują paralotnie, jednak żadnej nie udało nam się zobaczyć. Dotarliśmy tym sposobem do kolejnej latarni w Niechorzu, położonej na wzniesieniu klifu rewalskiego, który zapewnia wspaniały widok na panoramę. Niestety pochłonięci trudnymi odcinkami trasy, ominęliśmy Rewal.

 

W latarni zebraliśmy pieczątki, odpoczęliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Za Pogorzelicą wjechaliśmy w Liwski Las i droga pożarową nr 32. Na początku są trasy MTB i niekiedy trudno utrzymać szlak R10. Udało nam się dojechać do Mrzeżyna, gdzie znaleźliśmy Bar o nazwie Pirat i zatrzymaliśmy się tam na obiad. Bardzo polecam Wam odwiedzenie tego baru, będąc niedaleko. Świetne jedzenie i dowcipna obsługa, która opisuje sobie klientów na paragonach, by wiedzieć kto zamówił jakie danie zamówił. Tomek miał opis ,,rower w czerwonym” bo miał koszulkę w czerwonym kolorze. Maćka opisali jako ,,rower w czapce” bo miał czapkę na głowie przez cały czas. Ja natomiast dostałem opis “rower z torbą” ponieważ miałem na ramieniu torbę na kierownicę — Taka mała rzecz, a cieszy.

 

Dotarliśmy do Niechorza, tam czekała na nas kolejna latarnia morska. Duży plac przed latarnią pozwolił na zrobienie kilku zdjęć wraz z naszymi rowerami. Pieczątki z latarni również zebraliśmy od miłej Pani w kasie. Niestety nikt z nas nie wszedł na górę, bo spieszyliśmy się dalej. Zajrzeliśmy natomiast do pobliskiej motylarnii i pojechaliśmy w stronę Kołobrzegu.

Kołobrzeg

Po godzinie wyruszyliśmy do Kołobrzegu i w niedługim czasie byliśmy na miejscu. Miasto w Kołobrzegu jest przepiękne, szczególnie port. Niestety tak bardzo byłem zafascynowany klimatem miasta, że niespodziewanie wylądowałem na ziemi, a dookoła rozległ się krzyk i świst i lament gapiów. Bardzo szybko wstałem z ziemi, postawiłem rower z powrotem do pionu i zauważyłem, że wjechałem w jedną z szyn, które biegną wzdłuż portu. Pomimo paru obtarć, zadrapań i przetarciu boku jednej z sakw, nic poważniejszego się nie stało. Zaraz po tym podjechaliśmy do Kołobrzeskiej latarni po pieczątki i kilka zdjęć.

 

Obok latarni znajdowała się przepiękna plaża, a słońce tego dnia grzało mocno. Piękna pogoda i bliskość morza sprawiły, że namówiłem chłopaków na kąpiel. Udało się, cała nasz trojka szybko założyła kąpielówki i po chwili już byliśmy w wodzie. Bardzo miło wspominam ten moment, kiedy bujały mnie morskie fale, po wcześniejszym upadku na szynach, było to dla mnie ukojenie. Kąpiel w morzu dodała nam energii, ale skłoniła nas również do refleksji i zadania sobie pytania — dokąd my tak właściwie gnamy? Tyle rzeczy nam ucieka po drodze. Niedaleko od plaży był sklep, w którym zrobiliśmy zakupy na resztę dnia, stamtąd kierowaliśmy się dalej.

Pleśna

Postanowiliśmy w tym dniu dojechać do Pleśni i już tam znaleźć nocleg, którym jak się później okazało, było pole namiotowe o nazwie Solar. Komfort na tym polu był średni, była ciepła woda w prysznicu i kranach, o ile nie skończy się w bojlerze. Rozstawiliśmy się i poszliśmy ukrytą ścieżka z ośrodka na plażę. Było już oczywiście dawno po zachodzie słońca, ale w miarę ciepło. Tomek miał okazję, aby nagrać w końcu upragniony szum morza swoim aparatem, gdyż zasadniczo wcześniej nie miał okazji. Na plaży podsumowaliśmy ten dzień przy piwku i różnych opowieściach. Po powrocie z plaży na pole, z powodu zmęczenia szybko położyliśmy się spać. Przejechaliśmy bowiem 82,8 km w pełnym słońcu. Tak skończył się kolejny dzień.

Koniec pierwszej część relacji z naszego wyjazdu nad Polskie Wybrzeże, Szlakiem Latarni Morskich.

 

Zachęcam Cię do pozostawienia komentarza.

 

Pozdrawiam

ZOBACZ RÓWNIEŻ INNE ARTYKUŁY!