Szlak Polskich Latarni Morskich – relacja z trasy rowerowej R10 – cz. 2

Dzień 4 – Z Pleśnej do Wici, 76.3 km

 

Gąski

O poranku przywitały nas ciemne chmury i było bardzo chłodno. Każdy z nas obawiał się, że w ciągu tego dnia złapie nas deszcz. Ten dzień rozpoczął się ciężko, ponieważ otaczająca aura niepogody popsuła nasze nastawienie i ciężko było nam się spakować i ruszyć. Kiedy wreszcie udało nam się wsiąść na rowery, podążyliśmy trasą R10 do latarni morskiej w Gąskach. Dookoła latarni znajdowało się mnóstwo sklepików z pamiątkami, jednak wszystkie pamiątki wydawały się takie same. Nie traciliśmy czasu i po zebraniu niezbędnych pieczątek do naszych książeczek PTTK skierowaliśmy się w stronę Mielna.

 

Mielno

W Mielnie mieliśmy zaplanowany dłuższy postój. Będąc tutaj, jak ma się trochę czasu warto na chwilę zajrzeć do bunkrów, które znajdują się na zachód od miasta. Pierwotnie chcieliśmy w Łazach zobaczyć jak wygląda droga do Dąbkowic. Ostatecznie po przyjeździe na miejsce i zobaczeniu  ilości piachów już na początku drogi, nasza decyzja była jednogłośna.

Darowaliśmy sobie jazdę w las i zdecydowaliśmy się objechać jezioro Bukowo od drugiej strony. Jest to trochę dłuższy dystans, ale bardziej pewna i ubita droga. Dalej mieliśmy to nieszczęście, aby w Osiekach skręcić w drogę rowerową, przebiegającą przez Rzepkowo i Iwięcino. Była tam niestety betonowa tarka praktycznie na całej długości tego odcinka. Ta tarka bardzo dała mi w kość. Pomimo tego, że zostało nam niewiele do Dąbek, musiałem zatrzymać naszą kolumnę i odpocząć i koniecznie zmienić spodenki rowerowe.

 

Dąbki

Betonowa tarka spowodowała, że wkładka w moich spodenkach całkowicie się ubiła, co sprawiało mi bardzo duży dyskomfort podczas jazdy. Nie było innej rady, kiedy dojechaliśmy do Dąbek, znalazłem wolnostojący namiot 4F, aby poszukać nowej pary spodenek kolarskich. Znalazłem i to w bardzo dobrej cenie, bo na promocji! Również dzisiaj je mam, są one dla mnie pamiątką z tego wyjazdu. Dlatego nie warto zabierać ze sobą wszystkiego w podróż. Wszystkie potrzebne rzeczy można kupić, a dodatkowo będą one stanowiły dla nas miłą pamiątkę z odwiedzonego miejsca.

 

Koło namiotu 4F stała również restauracja, toteż odstawiliśmy rowery i poszliśmy coś zamówić. Była wtedy godzina 16 i pamiętam, że bardzo byliśmy wtedy głodni. Po obiedzie pojechaliśmy szosą do Darłowa. W odróżnieniu od wcześniejszych odcinków trasy tego dnia droga do Darłowa była bardzo otwarta, słońce świeciło, a my mogliśmy podziwiać widoki.

Darłowo

Na miejscu w Darłowie niestety trochę pobłądziliśmy przez ścieżki rowerowe wybudowane w parku przemysłowym, ale udało się dostać do Darłówka pod kolejną latarnię. Spore wrażenie wywołał Statek Piratów, który krąży z turystami wzdłuż portu. Brał on podobno udział w castingu do filmu Piratów z Karaibów, a przynajmniej tak twierdził wodzirej, który bez przerwy gadał do mikrofonu wprost z pokładu tego statku. Statek był bardzo duży i bardzo klimatyczny, zatem skorzystaliśmy z okazji do zdjęć, światło było tego dnia również przyjazne dla obiektywu.

 

Wicie

Prosto z Darłowa szybkim tempem kierowaliśmy się do Wici gdzie tego dnia, mieliśmy zaplanowany nocleg. Pora już była późna, dlatego tempo jazdy było bardzo szybkie. Na miejscu chłopaki musieli znaleźć bankomat, ponieważ musieli wypłacić pieniądze na zakupy, które chcieliśmy zrobić sklepie, który był od nas niedaleko. Kiedy Tomek i Maćko znaleźli bankomat i wypłacili pieniądze, mogliśmy razem pójść na zakupy. Następnie musieliśmy poszukać noclegu. Pomimo usilnych poszukiwań, nie znaleźliśmy w pobliżu żadnego pola namiotowego godnego uwagi. Z tego właśnie względu postanowiliśmy, że znajdziemy coś na dziko.

 

W mieście było to niemożliwe, ale nieco dalej Wici, udało nam się znaleźć pole, na którym było sporo miejsca pod nasze trzy namioty, a dookoła tego miejsca poustawiane były świeże baloty siana. Postanowiliśmy, że rozbijemy się właśnie tutaj. Kiedy miejsce mieliśmy wybrane, Tomek zaproponował, aby coś zjeść. Pojechaliśmy bliżej plaży, a tam natrafiliśmy na restaurację, gdzie serwują świeżą pizzę. Zapięliśmy rowery przy drewnianym płocie i poszliśmy do kasy. Stolik był zacny, każdy z nas zamówił sobie po dużej pizzy, która była wyśmienita. Powoli zbliżał się zachód słońca, więc popędziłem trochę chłopaków z jedzeniem i poszliśmy na plażę.

 

Wyjście na plażę w Wiciu jest fantastyczne, ponieważ wychodzi się nim bezpośrednio na zachód. Wychodząc pod słońce, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w kinie. Zachód słońca z tej perspektywy był najlepszym doświadczeniem, jakiego doznaliśmy tego dnia. Nagle na plaży zebrało się wiele osób na wspólne oglądanie tego zjawiska. Był czas na zdjęcia, filmiki i zimne piwko. Po zachodzie słońca wróciliśmy z plaży na wcześniej wybrane miejsce noclegu. Rozbiliśmy namioty i poszliśmy spać. Niestety miejsce, które wybraliśmy, okazało się bardzo wilgotne. Trawa była strasznie mokra, właśnie przez to strasznie zmoczyliśmy nasz sprzęt biwakowy.

Dzień 5 – Z Wici do Rowy, 61 km

 

Rankiem obudziła nas starsza Pani. Jak się później okazało, była właścicielką pola, na którym spaliśmy. Na szczęście obyło się bez nieporozumień. Szybko zwinęliśmy sprzęt i pojechaliśmy do wcześniej odwiedzonego sklepu. Po zrobieniu zakupów pędem zjedliśmy syte śniadanie i wyruszyliśmy w drogę.

 

Jarosławiec

Droga z Wici była cały czas asfaltowa, z tego względu, szybko byliśmy w Jarosławcu, gdzie czekała na nas kolejna latarnia morska i kolejne pieczątki. W tym mieście znajduje się również, jedno z większych muzeów bursztynu. Warto się do niego wybrać. W Jarosławcu chłopaki postanowili poszukać pamiątek, ponieważ jest tutaj mnóstwo straganów. Kawałek za Jarosławcem znaleźć można czynny poligon wojskowy, który nazywa się Wicko Morskie. Obowiązuje tam całkowity zakaz wstępu, więc z góry proponuję uwzględnić w planowaniu objazd jeziora Wicko przez Jerzany i Łącko. Tym sposobem można z łatwością dostać się do Ustki.

Ustka

Do Ustki cały czas prowadzi szosa, więc nie było problemów z szybkim dotarciem na miejsce. W Ustce, aby przeprawić na drugą stronę rzeki Słupie, można skorzystać z ruchomego mostu, który znajduje się w porcie, zaraz obok Usteckiej latarni morskiej. Most jest połączeniem, pomiędzy stroną wschodnią i zachodnią. Trzeba tylko pamiętać, że most otwierany jest o pełnych godzinach na 15 minut. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że most ten jest znakiem rozpoznawczym w Ustce. My oczywiście zajechaliśmy tuż przed zamknięciem mostu. Wiec, mając chwilę czasu, pojechaliśmy na piaszczystą plażę po zachodniej stronie. W mojej ocenie, plaże w Ustce, są jednym z najpiękniejszych na całym wybrzeżu. Ustka słynie również z ręcznie robionych Krówek Usteckich. Krówki te sprzedawane są w różnych smakach, a można je kupić po stronie zachodniej portu, w jednej z usytuowanych tutaj restauracji. Swoją drogą bardzo smaczne i swojskie. Przywiozłem sobie kilka opakowań krówek w różnych smakach, które również po powrocie z tego wyjazdu, na długo przypominały mi o nim. Dalej nasza trasa prowadziła nas do Rowów.

Rowy

Rowy były ostatnim miastem tego dnia, jakie odwiedziliśmy. Tutaj mieliśmy zaplanowany nocleg. Po dotarciu do pola namiotowego rozbiliśmy namioty i postanowiliśmy resztę wieczoru spędzić na plaży. Tomek został w namiocie, dlatego że dzisiejszy dzień rozłożył go na łopatki. Ja z Maćkiem kupiliśmy sobie miejscowe kebaby i poszliśmy w stronę plaży. Na miejscu zastaliśmy grupę harcerzy z pochodniami. Śpiewali oni piosenki, a na koniec zapalili i puścili lampiony. Bardzo ładnie wygląda na niebie około trzydziestu lampionów jednocześnie. Pokaz ten zakończył nasz kolejny dzień wyprawy Szlakiem Latarni Morskich.

Dzień 6 – Z Rowy do Łeba, 68 km

 

Istniały podejrzenia, że tego dnia będziemy musieli objechać dwa jeziora, Gardno oraz Łebsko. Już na etapie wstępnych planów zakładaliśmy objazd jeziora Łebsko, gdyż przedzieranie się przez ogromne ruchome wydmy parku Słowińskiego nie wchodziły w grę. Według informacji otrzymanych od właściciela pola w Rowach, dojazd do latarni Czołpino nie powinien stanowić  dla nas problemu. W rzeczywistości na początku zastaliśmy szeroką ścieżkę leśną wyłożona dwoma rzędami betonowej tarki. Domyślaliśmy się, że dalej musi być znacznie gorzej.

Słowiński Park Narodowy

Tuż za Rowami zaczyna się Słowiński Park Narodowy, do którego wstęp jest płatny. Na nasze szczęście, podczas wjazdu do parku, nikogo nie było na stróżówce, dlatego tym razem, obyło się bez płacenia. Dojechaliśmy pod latarnię Czołpino, do której prowadziły bardzo długie schody. Poszedłem z Tomkiem, Maćko natomiast pilnował sprzętu, ponieważ nie czuł się tego ranka najlepiej. Po obejrzeniu latarni również wewnątrz zeszliśmy do Maćka i pojechaliśmy dalej. Mijamy następny punkt poboru opłat, tu już obsługa czeka na nas przed kasą. Tym razem byliśmy zmuszeni zapłacić. Koszt to około 6 zł.

Jako jedyny chciałem podjechać pod wydmy, aby zobaczyć, jak wygląda trasa, liczyłem na to, że kładka z desek ułożona nad piachem, poprowadzi nas dość daleko przez wydmy. Pierwsza wydma pokazała, że nie da rady się przebić — trzeba objechać. Zawracamy, a po wyjeździe z parku pojechaliśmy szosą do wsi Kluki. Dość ładnej, bo będącej skansenem chat Słowińskich. Za wioską, nad jeziorem znajduje się wieża widokowa. Miałem nadzieję, że przez jezioro kursuje prom, który by oszczędził kilku godzin objazdu. Jedziemy do brzegu sprawdzić. Niestety stamtąd żaden prom nie kursuje. Odpoczęliśmy więc na ławkach i skierowaliśmy się ku dalszej drodze.

 

Bagna wokół jeziora Łebsko

W  wielu relacjach to miejsce jest bardzo często opisywane przez rowerzystów. Przy wyjeździe ze wsi, byliśmy zmuszeni zapytać o drogę turystów rowerowych jadących z naprzeciwka. Każdy mówił jednogłośnie, aby nie jechać żółtym szlakiem. Szczęścia mamy dość dużo, przez kilka ostatnich dni nie padało, więc nie ma zbyt dużo tych bagien. Tam, gdzie się utrzymują, porobione są wąskie, drewniane kładki. Dość problematyczne w przejeżdżaniu przez nie rowerem, zwłaszcza z sakwami, radzę uważać. Warto sobie zostawić kilka godzin zapasu w planowaniu tego odcinka trasy. Ten rejon najlepiej objechać bezpośrednio z Rowów do Łeby, ale wyłącznie szosą. Wjeżdżając w końcu na tarkę, warto jechać prosto, nie przeprawiając się przez ten mały kanał. Jechać należy przez Borek Skórzyński i Zgierz.

Od Zgierza, przez Izbicę do Gać asfalt. Później zaczyna się ścieżka leśna. Piachu tam tyle, że nie da się jechać przez kilkanaście kilometrów! Zdecydowanie najgorszy etap, wszędzie piach ciągnący się w nieskończoność. Natomiast zatrzymywać się nie ma co w lesie, ponieważ komary żrą niemiłosiernie! Ciągnie się to do Żarnowska, tam dopiero po wyjechaniu na DK 214 można odpocząć. Stąd mieliśmy już prosto do Łeby.

Łeba

Po przyjeździe do Łeby od razu rozpoczęliśmy rekonesans od poszukania taniej restauracji oraz noclegu. Szybko znaleźliśmy przystępne pole namiotowe, które nazywa się Marco Polo. Ceny jak na taką znaną miejscowość turystyczną dość niskie, może za sprawą sąsiedztwa z dworcem PKP, jednak pociągi nie są dokuczliwe. Tego wieczoru, dostałem na messanger nagranie prosto z Bydgoszczy, widać było na nim potężną burzę, która przeszła tego dnia. Na niebie widzieliśmy w oddali błyski. Bardzo szybko zmienił się również wiatr. Wiedzieliśmy już wtedy, że ta burza przyjdzie również do nas i ta noc będzie ciężka. Poprawiliśmy śledzie w namiocie, najsolidniej jak się da, spakowaliśmy wszystko do sakw oraz do worków wodoszczelnych.

Wreszcie zaczęło kropić. To był właśnie ten orkan, który w 2017 roku spustoszył Bory tucholskie, powalając ogromne połacie lasów i niszcząc setki domów. Straty były tak duże, że organizowane były akcje pomocy dla mieszkańców rejonów dotkniętych nawałnicą. Schowaliśmy się do budynku, w którym znajdowały się łazienki. Naszym śladem poszło również kilka biwakowiczów, którzy również tak jak my, mieli rozbite swoje namioty na tym polu. Czekaliśmy tutaj kilka godzin, pomimo mocnych opadów i wiatru burza na szczęście nas ominęła. Strach pomyśleć co by było, gdybyśmy rozbili się w lesie w samym sercu tego orkanu. W końcu mogliśmy wrócić do namiotów, aby się przespać. Do rana nie zostało wiele czasu. Tak zakończyliśmy ten dzień i na tym zakończę drugą część tej relacji.

 

Grupa młodych, łódzkich harcerzy rozbiła się tej nocy w Suszku. Zginęły dwie harcerki. Cześć ich pamięci!

Koniec drugiej części relacji z naszego wyjazdu nad Polskie Wybrzeże, Szlakiem Latarni Morskich.

 

Zachęcam Cię do pozostawienia komentarza.

 

Pozdrawiam

ZOBACZ RÓWNIEŻ INNE ARTYKUŁY!

Podobne wpisy, które mogą Cię zainteresować: