Szlak Polskich Latarni Morskich – relacja z trasy rowerowej R10 – cz. 3

Dzień 7 – Z Łeby do Władysławowa, 77 km

 

Na drugi dzień nie czuliśmy się wypoczęci. Przejście burzy wczorajszego wieczoru dało nam mocno w kość. Musieliśmy się jakoś pozbierać, umyć się, spakować sprzęt i zjeść jakieś śniadanie. Wszystkie te rzeczy sprawiały nam wiele trudności tego dnia. Kiedy byliśmy już gotowi do drogi Tomek i Maćko postanowili poszukać bankomatu. Mieli oni mało gotówki przy sobie, a więc podążyliśmy w stronę centrum Łeby. Ja byłem z przodu kolumny. Jadąc tak kilka dobrych minut przed siebie, w końcu postanowiłem zerknąć co z chłopakami, ale niestety nigdzie ich nie było.

 

Uświadomiłem sobie wtedy, że musieli nagle skręcić w którymś momencie, prawdopodobnie dlatego, że zauważyli bankomat. Postanowiłem, że nie będę się zatrzymywać, ponieważ nie mam pewności, w którym miejscu odbili i ile czasu stracę na poszukiwania. Pojechałem więc dalej, tak jak prowadził mnie szlak R10. W pewnym momencie mój GPS poprowadził mnie w ścieżkę leśną, na której było mnóstwo kałuży po wczorajszej ulewie. Jechałem tędy aż do Mierzei Serbskiej i pokierowałem się południową stroną jeziora Serbsko.

Kałuża

Niestety po przejściu ulewy droga ta była niesamowicie nasiąknięta wodą, piaskowe ścieżki zmieniły się w bagniska, które utrudniały jazdę. Na tej trasie również spotkałem wielką kałużę szeroką na całą leśną ścieżkę. Po jednej i drugiej stronie stali już rowerzyści i piesi turyści. Niestety nie można było jej obejść, ponieważ po jednej i drugiej stronie nasypy porastały gęste krzaki. Wszyscy zastanawiali się co w tej sytuacji zrobić, żeby przejść na drugą stronę.

 

Wstępnie wziąłem znaleziony obok długi kij i wsadziłem go w to bajoro, aby sprawdzić, jakie jest głębokie. Kij nie wszedł głęboko pod wodę, stąd też zmylony tym złudnym widokiem postanowiłem przejechać prosto przez nie. Strasznie się zdziwiłem, kiedy przejeżdżając na rowerze, wjechałem tak głęboko, że miałem wody ponad kolana. Niestety nie udało mi się przejechać i musiałem włożyć nogi, aż do samego dna. Na szczęście udało mi się nie wpaść cały do tej kałuży, zdołałem ustać na dnie i dalej przeprowadzić rower z sakwami w wodzie na drugi brzeg, jednak nie była to przemyślana decyzja.

 

Po tym widoku wszyscy ludzie zawrócili, szukając innego objazdu, a ja stałem na drugiej stronie, będąc od pasa w dół cały brudny od błota i mokry. Zauważyłem również, że pękł mi przedni błotnik, musiałem go posklejać srebrną taśmą. Z moich butów SPD wylałem wodę, skarpety wyżymałem i postanowiłem jechać dalej, aby dogonić Tomka i Maćka. Dalej trasa wyglądała już tylko lepiej. W końcu dojechałem do Osetnika, gdzie znajdowała się latarnia Stilo.

Osetnik

Dojeżdżając do latarni, zauważyłem, że stoi tam Maćko. Tomka nie widziałem. Jak się później okazało, chłopacy się zgubili, każdy z nich jechał inną trasą, a Tomek po jakimś czasie również do nas dołączył. Gdy opowiedziałem im swoją historię z kałużą za kolana, nikt mi nie wierzył. Uwierzyli, dopiero kiedy zdjąłem buty, wylewając z nich wodę, oraz wyżymając przy nich moje skarpety.

Mając chwilę czasu ze względu na nasz postój pod latarnią, zauważyłem, w jakim stanie znajduje się mój rower i jego napęd. Był koszmarnie brudny od piasku i błota. Łańcuch jak i sam napęd wyglądały tragicznie. Trochę go umyłem, wylewając całą swoją wodę z jednego bidonu. Tym sposobem trochę lepiej to wszystko wyglądało. Wiedziałem natomiast, że prędzej czy później będę zmuszony dokładnie wyczyścić napęd i nasmarować łańcuch.

Skarpety z membraną

Po odwiedzinach latarni stwierdziłem, że ciężko będzie mi jechać przez cały dzień w mokrych skarpetach i butach. Wymyśliłem patent jak sobie z tym poradzić. Umyłem stopy, wytarłem je ręcznikiem, po czym założyłem świeżą skarpetkę. Na skarpetkę założyłem foliowy worek, który za uszy przymocowałem do nogi, a na worek nałożyłem mokrą skarpetkę i całość do buta.

 

Tak również postąpiłem z drugą stopą. To rozwiązanie to oczywiście prowizorka, aby poradzić sobie z tą sytuacją na jakiś czas, aż dojedziemy do miejsca dłuższego postoju. Niestety tego dnia nie mogłem liczyć na wysuszenie swoich butów. Powinienem tutaj wspomnieć o sakwach Crosso, które pomimo kąpieli w kałuży, nie wpuściły wody do środka i cała zawartość sakw była sucha.

Jednoosobowy rekonesans

Kiedy wyjechaliśmy z Osetnika, od razu poczułem, że mam znaczne problemy z jazdą. Rower stawiał mi bardzo duży opór, im dłużej trwała jazda, tym byłem wolniejszy i opadałem z sił. Ubłocony i wypłukany ze smaru napęd, nie pozwalał mi na zbyt wiele. Kilkukrotnie podczas jazdy zatrzymywałem się, aby napompować moje opony, gdyż łudziłem się, że to pomoże. Niestety, nic to nie dawało. W końcu Maćko na jednym z postojów, zaproponował mi, że pojedzie do przodu, aż do Dębek. Kiedy już tam będzie, zrobi rekonesans na miejscu, znajdzie nam nocleg i poszuka sklepów i miejsca, gdzie będzie można coś zjeść.

Nie dziwię mu się, sam bym się zdenerwował, gdyby ktoś tak spowalniał moje tempo. Jego propozycja i myśl zrobienia rekonesansu w Dębkach spodobała mi się, więc się zgodziłem. Maćko więc pojechał do przodu, a ja powoli kulałem się swoim tempem z kilkoma przerwami na odpoczynek. Ściemniało się już, więc wyglądało na to, że dotrę do Dębek dopiero po zachodzie słońca. Na szczęście po drodze mijała mnie kolumna kolarzy szosowych, pod którą się podłączyłem i jechałem z nimi bardzo długo.

 

Musiało to śmiesznie wyglądać, pięciu kolarzy szosowych, a za nimi sakwiarz na trekkingowym rowerze z sakwami. Może i wyglądało to śmiesznie, ale ci kolarze bardzo pomogli mi psychicznie, dostałem takiego kopa, że złapałem Maćka kawałek przed Dębkami, kiedy to robił sobie przerwę na poboczu. Dalej pojechaliśmy razem, aż do Dębek. Na miejscu szybko odnaleźliśmy Tomka, który dojechał szybciej i czekał na nas.

Dębki — Każdy w swoją stronę

 

Na jednym ze skrzyżowań zatrzymaliśmy się, aby porozmawiać co dalej. Była już późna godzina i zaczynało się ściemniać. Widziałem, że chłopacy chcą jeszcze tego dnia jechać dalej. Będąc wypompowany jazdą w tym dniu, mokrymi stopami i brudnym rowerem powiedziałem chłopakom, że ja już dalej nie jadę i zostaję dzisiejszej nocy w Dębkach.

Chłopacy chcieli jechać dalej, do Władysławowa, wiec przekonywali mnie, że to już niedaleko i że dam radę.

Ja natomiast miałem już dosyć wrażeń na dzisiaj i jedyne, o czym myślałem to rozbity namiot  i sen. Przekonywałem Tomka i Maćka o zaletach zostania dzisiaj w tym miejscu, ale oni nie chcieli mnie słuchać, wspólnie postanowili, że jadą jednak dalej. Więc w tym miejscu rozdzieliliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę.

Samotny nocleg w Dębkach

Pierwszą rzeczą, którą postanowiłem zrobić, to poszukać pola namiotowego. Po krótkiej rundzie po Dębkach udało mi się znaleźć bardzo duże i schludnie wyglądające pole namiotowe o nazwie Kaszub. Zapłaciłem za pobyt i poszukałem miejsca pod mój namiot. Kiedy przygotowałem obozowisko, poszedłem się wykąpać i kolejnym kroku szukać miejsca, gdzie można coś zjeść. Znalazłem bardzo dobrą restaurację, gdzie zjadłem sobie smakowitego dorsza. Poszedłem również na plażę, aby posłuchać fal.

 

Po powrocie na pole namiotowe, obok mojego namiotu stały trzy kolejne, a ich właściciele siedzieli przed nimi na rozkładanych fotelach i śpiewali Andrzeja Koryckiego. Najczęstszym kawałkiem były Mewy. Jeśli nie znacie tego utworu, to wpiszcie sobie na YT — to taka typowa szanta. Przyłączyłem się do nich, porozmawialiśmy i wypiliśmy piwko. Ci ludzie byli bardzo sympatyczni i otwarci, bardzo mi się podobało. Niestety noc nadchodziła, a ja musiałem się położyć do namiotu po ciężkim dniu.

Dzień 8, Dębki – Władysławowo – Hel – Gdańsk, 82 km

Prosto do Władysławowa

Tego dnia wstałem wcześnie rano, chciałem jak najszybciej się pozbierać i wyruszyć w dalszą drogę. Plan na dzisiejszy dzień zakładał dojazd do Helu, a stamtąd miałem skorzystać z przeprawy promowej prosto do Gdańska. Rano przywitało mnie również mocne słońce, dzięki któremu mogłem wysuszyć swoje buty oraz resztę ubrań. Dzięki temu, że zeszłego dnia rozdzieliliśmy się z chłopakami, miałem dostatecznie dużo czasu na to, aby wysuszyć swoje buty SPD. 

 

Po spakowaniu się włączyłem nawigację Garmina i pojechałem w stronę Karwi. Droga była cały czas asfaltowa, więc mało czasu zajęło mi dotarcie do niej. Następnie udałem się do Jastrzębiej Góry, gdzie znajdowała się Gwiazda Północy, czyli najdalej wysunięty punkt na północy Polski. Szczerze mówiąc, kiedy do niej dotarłem, uświadomiłem sobie bardzo szybko, że nie zrobiła ona na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem. Byłem krótko mówiąc, nieco zawiedziony.

 

Kolejnym punktem mojej trasy była latarnia morska w Rozewiu. Bardzo szybko udało mi się ją znaleźć, podszedłem do kasy i przemiła Pani wbiła mi pieczątkę wprost do paszportu. Trochę czasu poświęciłem również na obejrzenie miejscowych wystaw i galerii zdjęć. Odwiedziłem również plażę w Rozewiu, gdzie zjadłem wcześniej kupione w piekarni drożdżówki. Dalej pojechałem już prosto przez Chłapowo do upragnionego Władysławowa. Kiedy już się w nim znalazłem, postanowiłem, że nie będę tracić czasu, tylko ruszę na Hel.

Hel

Mój plan zakładał dotarcie do Helu skąd chciałem wyruszyć promem do Gdańska. Niestety nie znałem godzin odpływów statków. W internecie również nie znalazłem żadnych informacji na ten temat. Postanowiłem, że zaryzykuję i dowiem się jak już będę na miejscu. Awaryjnie, gdybym nie zdążył, chciałem znaleźć pole i nocować na Helu. Podróż na hel zajęła mi około 2,5 godziny łącznie z przerwami. A tuż przed wjazdem na Hel, trafiłem na chłopaków, którzy z Helu wracali do Władysławowa. Porozmawialiśmy chwilę i ruszyliśmy w swoją stronę. Obok zamieszczam zdjęcie godzin kursowania promów z Helu, wraz z cennikiem. Może się przydać, jeżeli planujesz podróż wybrzeżem i tak jak ja chciałbyś przeprawić się promem.

Latarnia morska na Helu

Po dotarciu na Hel, poszukałem od razu Latarni morskiej. Nie byłem tam długo, gdyż musiałem się spieszyć do portu. Musiałem znaleźć kasę gdzie kupię bilety i dowiem się, o której godzinie wypływa prom. To sprawiło mi najwięcej trudności. Nie mogłem znaleźć kasy. Szukanie jej zajęło mi dobre pół godziny. Kiedy w końcu udało mi się odnaleźć tą kasę, okazało się, że prom wypływa dopiero za 1,5 godziny. Postanowiłem, że przeznaczę ten czas na obiad.

 

Kupiłem w kasie bilety na prom, za przewóz roweru również musiałem dopłacić. W końcu mogłem udać się na obiad. Szybko znalazłem restaurację w pobliżu, gdzie zamówiłem schabowego. Nie chciałem szukać niczego dalej, aby później nie powtórzyła się sytuacja z szukaniem portu. Po sytym obiedzie skierowałem się już prosto do miejsca skąd prom ma wypływać, razem ze mną było sporo innych turystów, jak również rowerzystów z sakwami.

Promem do Gdańska

Wybiła godzina zero, rowery zapakowane na niższy pokład, a pasażerowie na wyższy. Wszyscy jesteśmy już na pokładzie – wypływamy. Rejs trwał około dwóch godzin, załapaliśmy się również na zachód słońca. Na pokładzie statku znajdował się również bar i restauracja gdzie można było zamówić coś do jedzenia lub do picia.

Rejs tym promem bardzo mi się podobał i z całą pewnością mogę polecić każdemu takie rozwiązanie. Praktycznie w nocy dopłynęliśmy do Gdańska. Cumowanie i szczury lądowe znalazły się na deptaku. Szybkie pakowanie sakw na rower i kierunek na Stogi, gdzie miałem zamiar się rozbić i spędzić noc.  

Camping Stogi Nr 218

Na Pole namiotowe dojechałem w nocy. Kiedy wszedłem do recepcji, dowiedziałem się, że jest bardzo dużo ludzi i brak miejsc. Na szczęście pozwolono mi się rozejrzeć i powiedziano mi, że jeżeli znajdę wolne miejsce to mogę się tam rozbić, a później wrócić, aby zapłacić za nocleg. Faktycznie, namiotów była cała masa, założyłem czołówkę i poszedłem szukać. Długo szukałem, ale w końcu udało mi się znaleźć kawałek prostej ziemi tuż pod płotem w towarzystwie dwóch innych namiotów. Miejsca było naprawdę mało i wszędzie były górki i spadki. W mojej sytuacji nie mogłem wybrzydzać. Rozstawiłem namiot i poszedłem zapłacić. Kiedy wróciłem z recepcji, postanowiłem iść wziąć kąpiel i jak najszybciej położyć się do snu.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Kiedy wróciłem do namiotu byłem już tak zmęczony, że nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem. Rano obudziło mnie słońce uderzające w tropik mojego namiotu, zrobiło się bardzo ciepło, wiec wyszedłem z namiotu, aby rozprostować kości. Stojąc koło namiotu postanowiłem, że tego dnia wrócę do Bydgoszczy i tym sposobem kończę wyprawę wybrzeżem. Napisałem wiadomość do Tomka i Maćka o mojej decyzji, a oni szli w zaparte i jechali w stronę Krynicy Morskiej. Jak się później dowiedziałem, Tomek i Maćko rozłączyli się będąc również na polu Stogi nr 218.

Rozdzielili się ponieważ Tomek chciał dojechać do Krynicy Morskiej i tam nocować. Z kolei Maćko miał wizje pozostania drugą noc na stogach. Wszystko po to, aby była to jego baza noclegowa. Dzięki takiemu rozwiązaniu mógł on pojechać do Krynicy Morskiej na pusto, bez sakw i całego bagażu i wrócić stamtąd w jeden dzień.

 

Po południu byłem już na dworcu PKP w Gdańsku i stamtąd pociągiem szybko wróciłem do Bydgoszczy. Ta wyprawa wiele mnie nauczyła i uświadomiła mi jakie błędy jeszcze popełniam.

* Podziękowania dla Maćka za udostępnienie mi kilku zdjęć, które wykorzystałem w tej relacji.

Koniec trzeciej i ostatniej części relacji z naszego wyjazdu nad Polskie Wybrzeże, Szlakiem Latarni Morskich.

 

Zachęcam Cię do pozostawienia komentarza.

 

Pozdrawiam

ZOBACZ RÓWNIEŻ INNE ARTYKUŁY!